W krainie najwyższych palm na świecie!
Naszym ostatnim przystankiem podczas podróży po Kolumbii był pobyt w Salento! To jedno z tych miejsc gdzie kolorowe domy wyglądają jakby ktoś pomalował je specjalnie, żeby poprawić człowiekowi humor, a kawa smakuje lepiej niż gdziekolwiek indziej na świecie! Tu życie toczy się trochę wolniej, a krajobrazy zwalają z nóg! W końcu to tu rosną najwyższe palmy na świecie, a plantacje kawy ciągną się po horyzont. Jednak nie tak łatwo zatracić się w samej przyrodzie, bo tutejsze miasteczka nie chcą wypuścić turystów ze swoich kolorowych labiryntów. Tutejsze domy są tak piękne, że ciężko wyjść z miasta, bo chce się zobaczyć każdy… Jak spędzić czas w Cocora Valley? Dlaczego warto przespacerować się po Salento i Filandii? Na którą plantacje kawy się wybrać? Przekonacie się o tym w tym tekście!
Najkrótszy lot samolotem
Do Pereiry przylecieliśmy samolotem z Medellin. Był to nasz najkrótszy lot, który trwał może ze 25 min. Bilety wraz z bagażem rejestrowanym kosztowały nas 50€. Następnie z Pereiry wróciliśmy lotem do Bogoty, który był już nieco dłuższy, ale cena była podobna.
z Pereiry do Salento jedzie się jeszcze godzinę samochodem, a z racji że nasz przylot był późnym wieczorem to zamówiliśmy sobie przejazd na Bookingu.
Nocleg w Salento
W Salento zdecydowaliśmy się na nocleg w Hotelu Cocli. Dość przeciętny obiekt, pokojowe były małe i takie w sumie nijakie, ale w cenie pobytu dostaliśmy także 30 min masaż oraz 1 wejście do jacuzzi i drinka powitalnego. To na pewno na duży plus! Miałam na oku inny obiekt, ale niestety był wyprzedany podczas naszego pobytu.

Filandia, nie mylić z Finlandią! 😉
Następnego dnia po przylocie chcieliśmy iść najpierw do Cocory, ale dość szybko zrewidowaliśmy nasze plany. Okazało sie, że Finca do której chcieliśmy pójść na warsztaty ostatnie miejsca miała na dzisiejsze popołudnie. Nie pozostało nic innego jak dopasować się do planu – dzień rozpoczęliśmy więc od wizyty w pobliskiej miejscowości Filandia.
Filandia oddalona jest od Salento o ok. 30-40 min jazdy samochodem. Można tu podjechać jeepem Willy lub zamówić Ubera. My zamówiliśmy Ubera, bo jest ich tu całkiem sporo i ceny też są atrakcyjne.


Spacer po Filandii to prawdziwa uczta dla zmysłów. Wąskie uliczki wypełniają domy pomalowane w intensywne kolory. Każdy budynek wydaje się opowiadać własną historię – z misternie zdobionymi balkonami i drewnianymi drzwiami, które są niemal dziełami sztuki. W centrum życia lokalnego znajduje się Plaza Bolívar, gdzie mieszkańcy spotykają się na rozmowy, a podróżnicy mogą na chwilę zwolnić tempo i poczuć rytm kolumbijskiej codzienności.

Jednym z największych skarbów Filandii są jej widoki. Warto wspiąć się na punkt widokowy Mirador Colina Iluminada – wysoką, drewnianą konstrukcję, z której rozciąga się panorama na zielone wzgórza, doliny i plantacje kawy. Przy dobrej pogodzie można dostrzec nawet odległe szczyty Andów. To idealne miejsce, by zrozumieć, dlaczego region ten nazywany jest jednym z najpiękniejszych w Kolumbii.
Nie można mówić o Filandii bez wspomnienia o kawie. Okoliczne plantacje oferują możliwość poznania całego procesu jej powstawania – od ziarenka po filiżankę. Jednak my zdecydowaliśmy się na takie doświadczenie w Salento, o czym opowiem Wam już w następnym akapicie.

Finka el Ocaso
W Filandii spędziliśmy około 3 godzin, a następnie wróciliśmy do Salento na obiad. Zjedliśmy w Brunch the Salento, gdyż zależało nam na w miarę bliskiej lokalizacji do głównego placu – za chwilę musieliśmy jechać na warsztaty do Finci! Do El Ocaso można się dostać jeepem Willy, a podróż zajmuje ok 20-30 min. Jeepy jeżdżą z różna częstotliwością – zazwyczaj gdy się zapełnią to ruszają.
W Salento jest mnóstwo kawowych gospodarstw, ale wiele osób poleca właśnie warsztaty w Fince El Ocaso. My także zdecydowaliśmy się na te warsztaty – wzięliśmy Warsztaty Premimum za 120 COP (ok 29€), które trwały przez 3h. Uwaga! Rezerwacji należy dokonać przez stronę Internetową.
Jak było?
Podczas tych warsztatów pokazano nam dokładnie cały proces powstawania kawy – od zbierania ziaren, aż do produktu finalnego – napoju! W Kolumbii wyhodowano połączenie robusty i arabiki – krzewu o odporności robusty i smaku arabiki. Niestety podczas naszej wizyty nie było akurat sezonu na zbiory, który przypada na kwiecień-maj i wrzesień-październik. Mimo to, udało się znaleźć parę ziaren kawy, które później trafiły do maszyn bądź też do ziemi, żeby wyhodować kolejne krzaczki. W trakcie prezentacji oglądaliśmy także różne maszyny oraz miejsce, w którym suszyły się ziarna. Ostatnią część warsztatów to nauka rozpoznawania zapachów i smaków, żeby móc potem przetestować cztery kawy produkowane w Fince. To zadanie nas kompletnie przerosło, bo nikt nie zdołał ich dopasować poprawnie.
Uważam, że te 3 godzinne warsztaty były naprawdę warte swej ceny i bardzo ciekawe. Trafiliśmy też na genialną przewodniczkę, ale niestety – był to jej ostatni dzień pracy. Na koniec kupiliśmy też trochę kawy. Po zakończonych warsztatach poczekaliśmy chwilę na jeepa i pojechaliśmy do centrum Salento. Z racji, że zachód słońca był już o godzinie o 18 nie pozostało nam nic innego jak wrócić do hotelu i odrobinę się zrelaksować.

Cocora Valley
Następnego dnia, tuż po śniadaniu ruszyliśmy na główny plac skąd odjeżdżały jeepy Willy żeby dostać się do Doliny Cocory. Dzień zapowiadał się dobrze, niebo było lekko zachmurzone, a temperatura bardzo przyjemna. Kupiliśmy w okienku bilety i praktycznie od razu wsiedliśmy na pakę jeepa i ruszyliśmy w ok. 30 min podróż! Co ciekawe, do Cocory prowadzi obecnie dobra, asfaltowa droga. Można tu przyjechać nawet zwykłą osobówką. Czy jeżdżą Ubery? Nie wiem, być może tak, ale my i tak nie mogliśmy żadnego zamówić, bo niestety nie mieliśmy tu dość często zasięgu.

Po zobaczeniu największych kokosów na Seszelach, przyszła pora na zobaczenie najwyższych palm na świecie! To właśnie tu w Cocorze można zobaczyć słynne woskowe palmy, których wysokość może osiągnąć nawet 60 metrów! Najlepszym sposobem na poznanie doliny jest trekking. Najpopularniejsza trasa to kilkunastokilometrowa pętla, która zajmuje zazwyczaj od pięciu do siedmiu godzin. Szlak prowadzi przez różnorodne krajobrazy – od otwartych przestrzeni z palmami, przez gęsty, wilgotny las mglisty, aż po wąskie ścieżki przecinające rzekę po drewnianych, lekko chwiejących się mostach. To właśnie te mosty i fragmenty prowadzące przez dżunglę nadają tej trasie przygodowego charakteru. My niestety zrobiliśmy tylko ten szlak w połowie – podczas naszej wędrówki dość mocno się rozpadało i choć wielu osobom kompletnie to nie przeszkadzało i robili cały szlak, my jednak postanowiliśmy zawrócić w połowie – doszliśmy do kolejnego poboru opłat.

A pro po tego, to warto wiedzieć, że Cocora Valley nie jest jednym zamkniętym parkiem z jednym biletem wstępu – teren należy do różnych prywatnych właścicieli, dlatego opłaty są rozproszone. W praktyce oznacza to, że podczas trekkingu kilkukrotnie natrafia się na miejsca, w których trzeba zapłacić niewielką kwotę za przejście. Łączny koszt zazwyczaj nie jest wysoki, ale warto mieć przy sobie gotówkę, ponieważ płatności kartą są rzadkością.

Na terenie Cocory znajduje się też kilka dodatkowo płatnych parków z różnymi instalacjami, mniej lub bardziej instagramowymi. My weszliśmy dodatkowo na jeden, bo miał on w swojej ofercie kolorową zjeżdżalnie, która ostatnimi czasy podbija Instagram. Tu możecie zobaczyć krótki filmik z tego miejsca.
My w Cocorze spędziliśmy pół dnia – chcieliśmy dłużej, ale skutecznie wygoniła nas pogoda. Popołudniu była już naprawdę porządna ulewa, więc wszyscy rzucili się do powrotu – efekt był taki, że staliśmy w godzinnej kolejce do jeepa…

Restauracja Marie Ocampos
Po powrocie do Salento, deszcz nadal nie ustępował więc udaliśmy się do restauracji Marie Ocampos, która znajdowała się nieco na skraju Salento, ale tuż obok naszego hotelu. To była bez wątpienia najlepsza restauracja jaką odwiedziliśmy w całej Kolumbii! Nie dość, że świetnie nas nakarmili za przyzwoite pieniądze, to jeszcze wszędzie były poidełka dla Kolibrów i karmniki dla ptaków! Dzięki czemu restauracja wypełniała się śpiewem ptaków, a ja mogłam być ornitologiem bez odchodzenia od stołu! Coś wspaniałego! Tylko spójrzcie ile ich było!

Poranny spacer po Salento
Tego dnia mieliśmy jeszcze obfotografować Salento, ale z racji ulewy jaka się przetaczała przez miasto nie miało to sensu. Na drugi dzień mieliśmy już lot do Bogoty o godzinie 11, więc postanowiliśmy wstać skoro świt i ruszyć na poranny spacer!
To była świetna decyzja, bo drzwi i okiennice wciąż były zamknięte, a ulice wciąż świeciły pustkami! Mieliśmy miasto do swojej dyspozycji. Z racji, że za nami była już Cartagena, Guatape i Filandia, to Salento nie zrobiło już na nas aż tak ogromnego wrażenia, bo po prostu opatrzyliśmy się z tym wszystkim! Jeśli jednak podróż po Kolumbii zaczynacie od tej strony, to efekt wow gwarantowany!
To, co dziś wygląda jak przemyślana strategia estetyczna pod turystów, ma znacznie bardziej praktyczne i kulturowe korzenie. Kolorowe fasady w Salento wywodzą się z tradycji regionu Quindío. Pierwotnie domy zaczęto malować już w XIX wieku, kiedy Salento powstawało jako jedna z pierwszych osad w regionie (ok. 1840–1850). Kolory miały kilka funkcji:
- Praktyczną – intensywne farby chroniły drewno przed wilgocią i owadami w tropikalnym klimacie.
- Społeczną – kolory często odzwierciedlały status lub indywidualność właściciela.
- Symboliczną – zestawienia barw mogły mieć znaczenie religijne lub rodzinne.
Dawniej kolory były bardziej ograniczone — dominowały odcienie niebieskiego, zielonego i czerwieni, często uzyskiwane z lokalnych pigmentów. Dzisiejsza eksplozja barw to w dużej mierze efekt turystyki, która zaczęła dynamicznie rozwijać się pod koniec XX i na początku XXI wieku.

Ode mnie to już wszystko, ale nie wszystko co oferuje ten region!
Trochę żałuję, że nie mieliśmy jednak 3 pełnych dni w Salento, bo z chęcią wybrałabym się jeszcze na jakiś trekking i być może odwiedziłabym jeszcze jedną Fince. Tutaj podobnie jak w Mince można też wybrać się na wodospady, np. Santa Rita. Można się także wybrać na Bird Watching, ale z racji że my byliśmy już w Mince, to drugi raz nam się nie chciało i nie widzieliśmy też w tym sensu. Nie umiem też powiedzieć, które miejsce do obserwacji ptaków jest lepsze – wydaje mi się, że to chyba bez znaczenia, choć więcej osób ogląda ptaki w Mince.
Pozostałe wpisy z tej wycieczki:
Podobał Ci się wpis? Chcesz nas docenić? Zostaw serduszko/komentarz pod postem lub polub nas na facebooku albo zaobserwuj na Instagramie. Ciebie nic nie kosztuje, a nas do dalszej pracy motywuje! 🙂 <3

Brak komentarzy