Erasmus Programy Studenckie

Co dał nam Erasmus? Dlaczego warto wyjechać?

19 stycznia 2021
To już tyle lat!

W styczniu 2021 roku minęło 7 lat odkąd po raz pierwszy wyjechaliśmy na Erasmusa. Piszę wyjątkowo w liczbie mnogiej, ze względu na fakt, że w tym wpisie mówimy wspólnym, jednolitym głosem – ja i Darek. Rzadko nam się to zdarza, ale w tym aspekcie mamy akurat podobne odczucia. Jeśli czytaliście zakładkę „o nas„, to zapewne wiecie, że poznaliśmy się na Erasmusie w Szwedzkim Lund. Darek był wtedy na ostatnim semestrze magisterki, a ja na ostatnim semestrze studiów licencjackich. Dlatego też na pozostałych programach studenckich (Camp America czy drugi Erasmus) byłam sama, ale mimo to jakoś przetrwaliśmy razem. Jesteśmy dla siebie najwspanialszymi pamiątkami z tego wyjazdu, ale zanim zamknięcie tą stronę, to słuchajcie, bo nie uwierzycie! To nie jedyne co wynieśliśmy z tego wyjazdu! 😉 Co dał nam Erasmus? Czego nie dał? Oto kilka kluczowych aspektów. 

Erasmus w Szwecji vs. Erasmus w Niemczech

Zanim jednak przejdziemy do tej wyliczanki, to warto wspomnieć gdzie i co studiowaliśmy, bo jakby na to nie patrzeć – ma to ogromne znaczenie! Studiowałam Stosunki Międzynarodowe na Uniwersytecie Jagiellońskim, a Darek Elektrotechnikę na Politechnice Warszawskiej. Obydwoje wyjechaliśmy w 2014 roku na Erasmusa do Lund w Szwecji, w którym poznaliśmy się dzięki naszej Australijskiej koleżance! 🙂 Dwa lata później, na ostatnim semestrze studiów magisterskich zdecydowałam się jeszcze na wyjazd do Lipska w Niemczech. To właśnie z tych dwóch wyjazdów opieram swoje doświadczenia. 

Dlaczego pojechaliśmy na Erasmusa?

Darek: chęć przeżycia przygody, poznania nowych ludzi i kultury, nowe wyzwania naukowe i życiowe, podróże.

Karolina: nauczenie się języka angielskiego (główny motyw), chęć życia za granicą, podróże, możliwość poznania nowych ludzi

Co dał nam Erasmus? Odwagę!

Wielu moich znajomych nie zdecydowało się na Erasmusa, bo po prostu zżarł ich strach i obawy. W pełni to rozumiem, bo jeszcze będąc w liceum założyłam sobie, że nie nadaje się na Erasmusa, bo nie znam języków obcych! Przerażały mnie także wszystkie formalności, brak osoby która by mogła ze mną jechać czy nawet sama kwestia nauki na zagranicznym uniwersytecie. Na szczęście los chciał inaczej, a ja pomimo braku znajomości języka, całej masy formalności, która w gruncie rzeczy nie była taka ciężka i bez bratniej duszy pojechałam sama do Szwecji! Pierwszy raz bez rodziców i znajomych zostałam w obcym dla mnie kraju. Na dodatek było bardzo mało Polaków, co przy słabej znajomości angielskiego marginalizowało czasem moje życie społeczne. Szybko się jednak przełamałam, a słowa jakoś same nawijały się na język. Dlatego wszystkie moje kolejne programy studenckie czy samotne podróże traktowałam jako rutynę. O ile jeszcze do Szwecji pojechałam z babcią, która pomogła mi z bagażami i pierwszymi zakupami do mieszkania, o tyle już na Campa czy do Niemiec jechałam zupełnie sama. Okazało się, że to nie takie straszne i trudne!

Uniwersytet w Lipsku

Co dał nam Erasmus? Zaradność!

Chyba nic tak nie uczy samodzielności jak samotny wyjazd. Po Erasmusach wiedziałam już, że poradzę sobie z każdą sytuacją. Pewnie się zastanawiacie, a co jej się tam mogło przytrafić na takich wyjazdach studenckich? No to słuchajcie, mam dla Was kilka historii:

Szwecja
  • Studia licencjackie realizowałam w trybie zaocznym, co oznacza, że musiałam płacić czesne. Jak się domyślacie, Szwecja była dość sporym wydatkiem, dlatego napisałam list do dziekanatu z prośbą o obniżenie czesnego. Kiedy przyszła odpowiedź, to opadła mi szczena… dziekanat postanowił mi kompletnie umożyć ostatnią wpłatę, dzięki czemu miałam dodatkowe fundusze na miejscu.
  •  Na Uniwersytecie Jagiellońskim należałam do pływackiej sekcji sportowej i miałam też plan znaleźć taką w Szwecji. Niestety okazało się, że przy Uniwersytecie Lund nie działa żadna sekcja pływacka, ale jest pływacki klub sportowy w mieście. Poszłam na spotkanie z managerami, powiedziałam im, że chciałabym z nimi potrenować, ale tylko przez pół roku. Zgodzili się, obliczyli mi półroczną składkę i przydzielili do grupy treningowej, która miała 4 treningi w tygodniu. Udało mi się nawet wystartować dwa razy w zawodach!
  • Pewnego razu, a dokładnie na 10 dni przed wyjazdem, bankomat połknął moją kartę. Jak się domyślacie, była to moja jedyna forma płatnicza, a gotówka właśnie mi się skończyła, więc okazało się, że zostałam na lodzie bez pieniędzy. Bankomat był tuż przy sklepie spożywczym ICA, więc weszłam do środka i zagadałam któregoś z pracowników. Oczywiście na początku nic nie dało się zrobić, ale kiedy za mną przyszli kolejni ludzie (już Szwedzi), to nagle się okazało, że można bankomat otworzyć od strony sklepu. Nie wiem jakim cudem Pani wyciągnęła z niego 7 kart, ale żadna z nich nie była moja. Zrozpaczona wróciłam do domu i od razu zablokowałam kartę. Zamówienie nowej karty nie miało sensu, bo i tak za 10 dni wracałam do domu (nie dotarłaby). Na szczęście pomógł mi wtedy Darek. Przelałam na jego konto wszystkie pieniądze jakie miałam i  wypłaciłam z jego konta. Oczywiście to nie jedyne rozwiązanie, ale przy tym straciłam tylko ok. 70 złotych na przewalutowaniu i przy pobraniu prowizji za wyciągnięcie z bankomatu. Była to więc najtańsza opcja.
Niemcy
  • W Niemczech najgorszym dniem był przyjazd. Nie dość, że miałam za sobą całą noc w autobusie, to najpierw musiałam iść na uniwerek z walizkami, żeby podpisać dokumenty, potem podejść w jeszcze jedno miejsce, żeby odebrać legitymacje, a na koniec dopiero mogłam pójść do „Hausmeistra” po klucz do akademika. I to wszystko w przeciągu 2 godzin, bo w piątek Hausmeister był tylko do 11:00 (a ja przyjechałam do Lipska o 9:00), a gdybym nie zdążyła, to musiałabym wynająć jakiś nocleg na cały weekend, co kompletnie nie wchodziło w grę. Nie mogłam wykonać tych czynności w innej kolejności, gdyż Hausmeister nie wydałby mi klucza bez legitki, a uczelnia legitki bez załatwienia wcześniejszych dokumentów. Potem szybko na jakieś zakupy, bo trzeba było ogarnąć pościel, jedzenie itp. Nigdy nie lubiłam pierwszych dni… 😛
  • Kolejną przygodą była utrata głosu. Pierwszy raz dostałam zapalenia strun głosowych na Erasmusie. Jak do tego doszło? 30 stopni na dworze i -30 stopni w pociągu. Oczywiście przesadzam, ale generalnie zbyt duża różnica temperatur natychmiast zwala mnie z nóg. No i musiałam iść do lekarza po antybiotyk i niby miałam EKUZA, ale to wcale nie było takie proste. Okazało się, że nie wszystkie placówki są publiczne, a jak chce iść na EKUZA to właśnie do takiej muszę iść. Nie mogłam ogarnąć jak to działa, więc udałam się do przylegającego do akademika szpitala uniwersyteckiego. Poszłam z koleżanką, która była na filologii niemieckiej i miała mi pomóc w tłumaczeniu, choć okazało się, że mój niemiecki na spokojnie wystarczył, pomimo, że za wiele nie powiedziałam panu doktorowi! 😀 Na szczęście wszystko dobrze się skończyło.
Co dał nam Erasmus? Znajomość języka!

Od samego początku nie brałam pod uwagę krajów śródziemnomorskich, gdyż zależało mi na wysokim poziomie języka  angielskiego. Szwecja spełniała ten wymóg i pod tym względem nas nie zawiodła. Jak się nawet okazało, w przypadku wielu przedmiotów był to język wykładowy, na który uczęszczali także Szwedzi. Dzięki temu poziom wykładów był naprawdę wysoki, a my znacząco podnieśliśmy poziom języka angielskiego. Jadąc na Erasmusa miałam tylko naprawdę dobrze opanowaną gramatykę, której nauczyłam się na kursie. Szybko jednak wyszły braki w słownictwie podczas luźniej konwersacji z nowymi znajomymi co nie sprzyjało zacieśnianiu znajomości. Na szczęście te z biegiem czasu się zacierały, a ja naprawdę dużo czasu poświęciłam na czytanie zadanych nam artykułów czy napisanie dwóch 10 stronnicowych esejów po angielsku. Łatwo nie było, wielokrotnie męczyłam się z napisaniem chociażby jednego zdania, ale moje prace sprawdzała babcia, która jest nauczycielką języka angielskiego. Przyznała mi, że drugi esej, który pisałam na sam koniec wyjazdu był dużo lepszy i widać ogromny postęp. Przyczyną tego był także fakt, że w Lund było bardzo mało Polaków, a jedyną osobą, z którą tam regularnie rozmawiałam po Polsku był właśnie Darek. 😉

Co dał nam Erasmus? Wiedzę!

To się nie zdarza na wszystkich Erasmusach, bo np. o Lipsku nie mogę tego powiedzieć. W Niemczech moje przedmioty były bardzo nijakie, głównie nastawione na jakieś filozoficzne aspekty i Unię Europejską, której nie brakowało mi w Krakowie. Niewiele zapamiętałam z tych zajęć, w przeciwieństwie do Szwecji! Tutaj zdobyłam ogromną wiedzę o kraju i jego polityce w różnych aspektach. Szczególnie w ochronie środowiska, w której Szwecja wiedzie prym w UE, ale nie tylko. Bardzo dużo dowiedziałam się także o samej Skandynawii, szczególnie Danii i Norwegii. Darek również mile wspomina swoje zajęcia, szczególnie te z fotowoltaiki. Do tej pory pamięta poruszane zagadnienia na tym przedmiocie. Ponadto, Darek uczył się nawet języka szwedzkiego, ale nigdy nie kontynuował nauki tego języka.

Co dał nam Erasmus? Nowe Znajomości!

Co nas najbardziej zaskoczyło w Lund? Że są tu ludzie z całego świata… No bo kto by pomyślał, że w tej niewielkiej, mającej mniej niż 100 tys. mieszkańców mieścinie będą ludzie z Australii, Chin, Stanów Zjednoczonych, Kolumbii, Korei, Indii, Południowej Afryki, Kanady itp? Nawet mój korytarz w akademiku był bardzo międzynarodowy, bo była w nim Szkotka, Koreanka, Chinka, Belg, Niemiec, Hinduska i Kolumbijka. W Lipsku, który jest znacznie większym miastem nie było aż tak międzynarodowo, co trochę mnie rozczarowało. Najbardziej egzotyczni byli Meksykanie, którzy dość licznie reprezentowali swoją nację. Było też więcej Polaków, ale to akurat nie dziwi! 🙂 Pomimo upływu lat nadal utrzymuje bliskie kontakty z kilkoma osobami. Tuż po powrocie z Erasmusa pojechałam do Rumunii, a potem miałam rewizytę. Przy okazji pobytu na Camp America, w Kanadzie odwiedziłam swoją koleżankę, która złożyła mi rewizytę w 2019 roku. W 2019 roku spotkałam się też w Niemczech z koleżanką, którą poznałam w Lipsku. Może nie widzimy się na co dzień, nie piszemy często, ale jak jest okazja to z niej korzystamy! 🙂

Z wizytą u św. Mikołaja w Laponii

Co dał nam Erasmus? Podróże!

Pod tym względem obydwa Erasmusy były dla mnie bardzo udane! Wykorzystałam na maksa swój czas wolny i możliwości finansowe. Do tego stopnia, że w Niemczech ostatnie przez ostatnie 3 dni musiałam przeżyć za 20 euro! 😀 (Na szczęście miałam zapasy jedzenia, a to akurat w Niemczech nie jest drogie). Wracając do podróży, to w Szwecji udało mi się sporo zobaczyć w moim regionie (Skanii), który okazał się bardzo pięknym, a momentami wręcz dziewiczym miejscem. Oprócz tego byłam wielokrotnie w Danii, odwiedziłam św. Mikołaja w Laponii, wykąpałam się w Oceanie Arktycznym w Norwegii oraz zobaczyłam stolicę tego pięknego kraju. W Niemczech także dużo podróżowałam po swoim regionie (Saksonii), ale bywałam też w Saksonii Anhalt, Turyngii, Bawarii, Brandenburgii czy w Meklemburgii. Dojechałam także do Czech i Holandii. 

Co dał nam Erasmus? Samodzielność!

Dla wielu z nas wyjazd na Erasmusa, to pierwszy krok w samodzielność. Nie inaczej było w naszym przypadku. Nagle się okazało, że jak my nie zrobimy zakupów czy prania, to nie będzie co jeść i w co się ubrać. Niby nic nadzwyczajnego, ale jednak! Nie musiałam się też co chwilę spowiadać gdzie i po co wychodzę, ale jakbym potrzebowała pomocy, to mogłam tylko liczyć na siebie i ewentualnie życzliwość obcych mi ludzi. 

Co dał nam Erasmus? Otwartość!

Strach przed obcymi? Kompleks niższości? Może kiedyś to drugie, ale nie po Erasmusie! Okazało się, że studenci z innych krajów są równie fajni, a czasami nawet fajniejsi od studentów z Polski! 🙂 To naprawdę świetna lekcja pokory i otwartości wobec innych kultur. Pamiętam jak wstydziłam się gadać z Amerykanami czy Anglikami po angielsku, na co oni, że i tak mi zazdroszczą, bo przynajmniej znam jakiś język obcy w przeciwieństwie do nich. Poza tym, to najlepszy sposób na poznanie obcych kultur i nauki języków obcych!

Uniwersytet w Lund

Czego nie dał nam Erasmus? Lokalnych znajomości!

Ilu poznaliśmy Szwedów? Ilu Niemców? Kilku, ale z żadnymi nie utrzymujemy kontaktu. Nie było też nigdy specjalnego flow z lokalsami. Generalnie Erasmusi trzymali się razem, a lokalni studenci czasami pojawiali się na imprezach i wydarzeniach żeby pogadać, ale znajomości z tego raczej nigdy nie było. Trochę ich rozumiem, bo przyznam szczerze, że na swojej uczelni też nigdy nie poznałam żadnych Erasmusów. Większość z nich to tak naprawdę znajomi na chwilę, którzy wyjadą i zapomną. Z drugiej strony trochę przykro, bo jadąc do tych Niemiec czy Szwecji miałam nadzieję trochę poznać tych ludzi, a tu musieli mi wystarczyć ludzie z Erasmusa. 😉

Czego nie dał nam Erasmus? Kariery zawodowej!

Dużo się mówi, że Erasmusy zawsze znajdują pracę, bo taki wpis do CV z zagranicznej uczelni dobrze wygląda. Może kiedyś rzeczywiście tak było, ale nawet przy pierwszej pracy mojego pracodawcę interesowały wyłącznie moje umiejętności i znajomość języka obcego, która i tak została potwierdzona rozmową i odpowiednim testem. Nikt tak naprawdę nie pytał nigdy o moje zagraniczne wyjazdy. Nie twierdzę, że zawsze tak jest, ale zarówno w moim jak i Darka przypadku nie miało to żadnego znaczenia w karierze zawodowej.

Dzięki za uwagę!

Więcej grzechów nie pamiętamy, żadnego z nich nie żałujemy! Erasmus to super sprawa i naprawdę nie ma się co zastanawiać czy warto jechać czy nie. Jeśli tylko macie takie możliwości – JEDŹCIE! Oczywiście każdy z nas będzie miał inne doświadczenia, ale jestem przekonana, że będą przeważać te pozytywne.

A co dał WAM Erasmus? Podzielcie się swoimi doświadczeniami! 🙂

Przed wyjazdem zajrzyjcie też na oficjalną stronę Erasmusa!

Podobał Ci się wpis? Chcesz nas docenić? Zostaw serduszko/komentarz pod postem lub polub nas na Facebooku albo zaobserwuj na Instagramie. Ciebie nic nie kosztuje, a nas do dalszej pracy motywuje! 🙂

 

Brak komentarzy

Zostaw komentarz