To nie jest sen na Jawie…
Kiedy pod koniec 2023 roku staliśmy się właścicielami biletów do Dżakarty, nie mogliśmy się zdecydować jak rozplanować podróż. Z jednej strony chcieliśmy zostać chwilę na Jawie, z drugiej Bali było od dawna moim marzeniem, a jeszcze gdzieś tam strasznie kusiła nas Raja Ampat. W końcu postanowiliśmy – zostajemy kilka dni na Jawie, a potem z Jawy popłyniemy promem na Bali.
Jawa to dopiero 5 pod względem wielkości wyspa w Indonezji, ale z racji faktu, że zamieszkuje ją obecnie ok. 150 mln osób nosi tytuł najludniejszej wyspy świata! To zupełnie inny świat niż na Bali, już choćby za sprawą samego faktu, że dominującą religią na wyspie jest Islam. Wyspa ma pochodzenie wulkaniczne – tutejsze pasmo górskie tworzą stożki wulkaniczne. Najwyższym wulkanem (i jednocześnie górą) jest Semeru (3676 m n.p.m.), a najaktywniejszym Merapi (2968 m n.p.m.). Nasza wycieczka będzie właśnie koncentrować się wokół wulkanów, ale nie zabraknie też innych atrakcji. Chodźcie, pokażę Wam co warto zobaczyć na Jawie!
Spis treści
Przylot do Dżakarty niezgodny z planem…
Bilety do Dżakarty kupiliśmy za 600€ od osoby. Taką ofertę miał Turkish Airlines z z Frankfurtu i przesiadką w Stambule na przełom września i października. Wylot był w piątek wieczorem, a do Dżakarty mieliśmy przylecieć w sobotę wieczorem. Zarezerwowaliśmy hotel Jakarta Airport Hotel na lotnisku, bo na drugi dzień mieliśmy mieć lot do Yogyakarty.
Niestety, Turkish we Frankfurcie miał ponad 3 godzinne opóźnienie i nie zdążyliśmy na przesiadkę. Oczywiście linia lotnicza zafundowała nam nocleg i wyżywienie w Stambule, ale co nas dość mocno zaskoczyło – kazali nam czekać aż 24 godziny na następny lot! Przyznaję, że nie spodziewałam się takiego scenariusza! W końcu nie lecieliśmy na żadne zadupie, tylko do jednego z największych miast na świecie, a oni kazali nam tyle czekać! Byliśmy załamani, bo to oznaczało, że wypadnie nam zwiedzanie Yogyakarty, którą mieliśmy już opłaconą… Niestety nawet próby dolotu do innych miejsc w Azji okazały się klapą i ostatecznie przylecieliśmy w niedzielę wieczorem (niemal 24h później).
Rezerwacja w hotelu była bezzwrotna więc przepadło nam 70€, podobnie jak straciliśmy 160€ za loty do Yogyakarty. Przepadło nam jeszcze trochę kasy z powodu innych wydatków, o czym przeczytacie w dalszej części wpisu. W trakcie pisania tego posta czekamy na zadość uczynienie w postaci 600€ od Turkisha.
Lotnisko w Dżakarcie
Na lotnisku Soekarno zameldowaliśmy się więc około godziny 16 w niedzielę. Sprawnie przeszliśmy kontrolę, bo mieliśmy już kupioną wizę przez Internet. Wize można też zakupić na lotnisku, ale często można się spotkać z opinią, że bez wizy czeka się w kolejce do okienka. To pewnie zależy od lotniska – w Dżakarcie nie było żadnych kolejek. Wizę online można zakupić tutaj.
W przypadku długiego oczekiwania na lot można też spędzić kilka godzin (6h) w hotelach dostępnych na lotnisku. My zdecydowaliśmy się na takie rozwiązanie w drodze powrotnej. Wynajęliśmy pokój za 55€ dla dwóch osób w d’primahotel Airport Jakarta Terminal 3 Wellness Center. To idealny sposób na relaks przed podróżą. Pokoje są małe, z łazienką i nie mają okien, ale na kilka godzin jest to całkiem przyzwoite rozwiązanie.
Internet
Na wyjazdach poza UE korzystam z e-Sima Roamless. Z tego co wiem jest nieco droższy niż Airalo, ale ma lepszy zasięg. Używałam go już w wielu miejscach na świecie, m.in. w Chinach (nie ma żadnych blokad i wszystko normalnie śmiga) czy w Pakistanie!
Jeśli użyjesz tego kodu T7HQN, to dostaniesz 5$ na start i ja też otrzymam 5$ za polecenie.
Co warto zobaczyć na Jawie? Niedoszła Yogyakarta…
W związku z opóźnionym lotem z naszej podróży wypadła Yogyakarta. Było nam bardzo przykro z tego powodu, bo planowaliśmy zobaczyć dwie wspaniałe świątynie: Borobudur i Prambanan. Jeśli także macie w planach je kiedyś zobaczyć, to miejcie na uwadze, że w poniedziałki obydwa miejsca są zamknięte! Dlatego też nie zdecydowaliśmy się ostatecznie na przylot do Yogyakarty, bo istniała jeszcze opcja przesunięcia wycieczek o 1 dzień, ale w tym wypadku trzeba by było to zrobić aż o 2 dni. Dlatego stwierdziliśmy, że być może jeszcze kiedyś przy okazji wyjazdu właśnie na Raja Ampat, zahaczymy wówczas o Yogyakarte, a ja będę mogła zaktualizować ten wpis!
Emi w drodze!
A jak zwiedzać Yogyakarte? My mieliśmy mieć kierowcę na cały dzień za 800K IDR, który miał nas odebrać z lotniska, zawieźć do dwóch świątyń i potem na dworzec kolejowy gdzie wieczorem mieliśmy jechać do Surabai.
Kierowcę można ogarnąć na różnych grupach FB, a jak nie czujecie się z tym na siłach to polecam Wam Emilię z bloga Emi w drodze. Emi mieszka w Indonezji i organizuje właśnie kierowców czy nawet dłuższe objazdówki. To od niej mieliśmy mieć kierowcę na Yogyakarte (1 MLN IDR za 2 os) oraz wycieczkę z Surabayi przez Bromo, Tumpak Sewu, Ijen aż do portu skąd wypływają promy na Bali (9.8 MLN IDR za 2os). Cena drugiej wycieczki obejmowała kierowcę, przejazdy, wejściówki oraz noclegi ze śniadaniami. Bardzo polecamy Wam Emi – jeśli chcecie uzyskać ofertę, to napiszcie do niej mejla!! Emi oddała nam część pieniędzy z Yogyakarty (choć wcale nie prosiliśmy ją o to), a także sprzedała nasze bilety do świątyni, które teoretycznie były bezzwrotne…
Krótki postój w Surabai
Po przylocie do Dżakarty podeszliśmy więc do okienka City Link, gdzie kupiliśmy bilety za 90€ od osoby z bagażem rejestrowanym do Surabai. Jest to tania indonezyjska linia lotnicza, do tej pory bezwypadkowa, dlatego też właśnie na nią się zdecydowaliśmy.
Do Surabai przylecieliśmy więc o czasie. Zatrzymaliśmy się w Bumi Surabaya City Resort, który okazał się naprawdę dobrym wyborem. Hotel oferował także śniadania, które były dostępne zarówno w wersji zachodniej jak i indonezyjskiej. Choć spędziliśmy w hotelu tylko kilkanaście godzin, to naprawdę był to idealny wybór na szybki relaks!

Ubrania, które musisz zabrać na ten wyjazd!!
Jadąc do Indonezji na wycieczkę po wulkanach, obojętnie w jakiej porze roku, pamiętajcie by zabrać ciepłe rzeczy! Wulkany położone są dość wysoko, a to oznacza, że poranne wejścia na nie mogą być dość zimne! Nam akurat trafiła się bardzo przyjemna pogoda, więc aż tak bardzo tego nie odczuliśmy, ale pod ciepłą kurtką mieliśmy też swetry. Jednak kilka dni wcześniej ludzie opowiadali nam o silnym wietrze, który mocno potęgował odczucie zimna na Ijen. Dlatego przyjeżdżając tutaj nie zapominajcie o ciepłych ubraniach!
Przydadzą się też porządne, trekkingowe buty! Jak się domyślacie czekać Was będzie wspinaczka pod górę, choć z góry uprzedzam – nie jest super ciężko, ale na pewno zadyszkę złapiecie na każdym przystanku. Wszędzie będzie dużo wchodzenia, a bez porządnych butów może być ciężko.
Co warto zobaczyć na Jawie? Bromo
Kwestie organizacyjne – wymiana waluty
W poniedziałek o 10 rano podjechał pod nasz hotel kierowca od Emi. Jeszcze zanim wyjechaliśmy z Surabai, zatrzymaliśmy się w banku żeby wymienić pieniądze. Bank to najbezpieczniejsza opcja wymiany waluty w Indonezji. Oczywiście na lotnisku też można to zrobić, ale ze względu na słaby kurs zalecam co najwyżej niewielką sumę. Inną opcją może być wypłata z bankomatu, ale i tu należy być ostrożnym i wybierać tylko sprawdzone bankomaty. Czytaliśmy historię o skanowaniu kart przez bankomaty… Wybierając bank należy jednak przygotować się, że chwilę to potrwa… choć na pierwszy rzut oka wymiana waluty wydaje się być szybką czynnością, to jednak z jakiegoś powodu w Indonezji może to zająć nawet 30 min…
Homestay
Przejazd w okolice wulkanu Bromo zajął nam ok 3 godzin. Przed dotarciem do Homestayu zrobiliśmy jeszcze krótki postój na obiad.
Nasz obiekt KOPIKUIN Bromo Homestay oferował niewielkie pokoje z prywatną łazienką. Przede wszystkim to było całkiem czysto, prąd dostępny był cały czas, a ciepłej wody też nie brakowało. W cenie noclegu było też niewielkie śniadanie. Obiekt zlokalizowany jest jeszcze ok. 40 min od wejścia na wulkan.
Wejście na krater wulkanu Bromo
Po przyjeździe do Homestaya mieliśmy tak naprawdę może ze 30 min na przebranie się. Następnie ruszyliśmy jeepem pod wulkan. Po dotarciu na parking, który dostępny jest tylko dla aut 4×4, czekała nas jeszcze około godzinna trasa do pokonania. Jej trudność polega na fakcie, że idzie się po piasku/popiele, co na pewno daje nogom trochę w kość. Na koniec trzeba się jeszcze wspiąć na wulkan po 241 schodach. Kiedy nam się to uda możemy możemy zajrzeć do serca wulkanu! Czeka na nas wspaniały widok – otchłań, z której intensywnie wydobywa się dym. Zalatuje trochę siarkom, a z krateru burczy tak jakby naprawdę wulkan miał za chwile wybuchnąć! No jest to naprawdę niezwykłe doświadczenie, bo jeszcze tak aktywnego wulkanu z bliska nie widziałam! Po kraterze biegnie wąską ścieżka, ale właściwie z każdej strony towarzyszą nam takie same widoki, więc nie musicie jej dokładnie obchodzić.
Niestety podczas naszego pobytu, Bromo był dość mocno zasłonięty przez chmury, więc z dołu praktycznie nie było go widać. Tego samego dnia mieliśmy iść jeszcze na zachód słońca na punkt widokowy, ale śmialiśmy się, że go odwołali, bo zachodu nie było. Trochę nas to martwiło, bo oznaczało to, że wschód następnego dnia także nie zapowiadał się dobrze.

Wschód słońca z punktu widokowego
Po powrocie do hotelu poprosiliśmy naszego kierowcę żeby zawiózł nas gdzieś jeszcze na kolację. Warto o tym pamiętać, gdyż następny dzień rozpoczęliśmy już o 3 w nocy…
Daliśmy sobie 30 min na przebranie się, a następnie ruszyliśmy (już tym razem zwykłą osobówką) na punkt widokowy. Do tego miejsca prowadzi normalna, asfaltowa trasa. Następnie przemierzamy na piechotę drogę, która cały czas pnie się do góry. Ostatnim etapem są schody, których jest co najmniej kilkaset. Na ich szczycie znajduje się platforma widokowa, z której podziwia się wschód słońca (widoczna na zdjęciu poniżej).
Osoby mające dobrą kondycję mogą wspiąć się jeszcze wyżej – na sam szczyt gdzie w ostatnim etapie ścieżka robi się już nieco bardziej wymagająca. Niektórzy zatrzymują się gdzieś w połowie w poszukiwaniu bardziej ustronnego miejsca. Nie liczcie tutaj na kameralność, bo jednak ludzi jest sporo. Oczywiście można odejść w miejsca gdzie Waszego widoku nie będą zakłócać inne osoby, ale na samotność raczej bym nie liczyła!
My wspięliśmy się delikatnie ponad platformę widokową (na zdjęciu poniżej staliśmy obok namiotów). Ogólnie nie był to wymarzony poranek pod kątem warunków atmosferycznych, bo spora część wulkanów była ukryta w gęstych chmurach. Muszę jednak przyznać, że taka sceneria też miała swój urok, ale chyba jednak liczyłam na lepszą pogodę.

Kilka faktów o Bromo…
Wulkan Bromo wznosi się na 2329 m n.p.m., a średnica jego krateru wynosi 700 metrów. Położony jest wewnątrz wielkiej kaldery i jest najmłodszym z 5 wulkanów. Podlega stałej obserwacji ze względu na dużą aktywność – ostatnia erupcja miała miejsce w 2021 roku, a w 2004 roku z powodu nieoczekiwanej erupcji zginęły dwie osoby. Mimo to, jak sami wiecie wulkan ten jest bardzo licznie odwiedzany przez turystów. Z punktu widokowego widać też Semeru (3676 m n.p.m.), który jest najwyższym wulkanem i szczytem w Indonezji.
Co warto zobaczyć na Jawie? Tumpak Sewu
Do naszego homestaya wróciliśmy koło godziny 8 rano gdzie czekało na nas śniadanie, a potem korzystając jeszcze z czasu wolnego zrobiliśmy sobie krótką drzemkę przed dalszą trasą. W końcu przed nami była znów 3,5 godzinna podróż!
Nocleg
Po dotarciu na miejsce czekało nas miłe zaskoczenie – cudowny nocleg w niewielkich domkach – Artha Cottages, trochę jakby pośrodku dżungli, z basenem po środku! Od razu przypomniał mi się nasz pobyt w Meksyku, gdzie mieszkaliśmy w podobnym hotelu nieopodal Palenque!
Zanim pożegnaliśmy się z kierowcą ustaliliśmy, że na wodospad idziemy o 6 rano. To była jego sugestia, gdyż według niego później robiło się już tłoczno. W ten sposób o 6:10, bez śniadania staliśmy już przed wejściem na teren wodospadu!
Jak wygląda zwiedzanie?
Z parkingu odebrał nas lokalny przewodnik (był już w cenie naszej wycieczki, daliśmy mu tylko napiwek), który zdradził nam, że robi dwa razy dziennie takie turnusy. Nic dziwnego, że oni wszyscy tacy zwinni i szczupli…
Na początek udajemy się na platformę widokową, z której widać jak płynąca rzeka wpada do okrągłej dziury tworząc jeden z najpiękniejszych wodospadów w Indonezji – Tumpak Sewu! W tle znów widać majestatyczne Semeru! W tym miejscu warto też wznieść się wyżej dronem jeśli go posiadacie.

Następnie schodzimy po dość stromych schodach w dół… tak, tą samą trasą będziecie potem wchodzić znów do góry. Koniecznie zadbajcie tu o porządne buty, których nie boicie się zmoczyć! Tak, będzie naprawdę mokro, będziecie iść po wodzie, a spadające kaskady (podobno jest ich tysiąc na co wskazuje nazwa wodospadu, gdyż „Sewu” po jawajsku oznacza właśnie tysiąc), będą pryskać z każdej strony! Warto więc założyć strój kąpielowy (np. Jednoczęściowy), a na niego nałożyć spodenki po prostu!

Kiedy już zejdziecie na sam dół najpierw podejdziecie pod główną kaskadę Tumpaka, gdzie będziecie mieć chwilę na zrobienie zdjęć. Polecam wodoodporny sprzęt lub wodoodporne etui na telefon.

Potem podejdziecie jeszcze w drugą stronę gdzie spływają kaskady z nieco mniejszej wysokości, choć są równie spektakularne! Tutaj już tak bardzo nie chlapie, więc można ponownie wypuścić drona szybki zwiad okolicy!

Po powrocie…
Wyprawa na Tumpak Sewu zajęła nam około 3 godzin. Na pewno można to ogarnąć szybciej, ale my też dużo robiliśmy zdjęć, lataliśmy dronem itp. Generalnie po powrocie do hotelu ledwo zdążyliśmy na śniadanie – byliśmy dosłownie na 20 min przed zamknięciem!
W hotelu mieliśmy jeszcze 2 godziny na spakowanie bagaży i ruszyliśmy na Kawah Ijen. Po drodze kierowca zawiózł nas jeszcze na punkt widokowy na wulkan Semeru, ale ze względu na zbliżającą się burzę, góra była w chmurach! Na szczęście okolica także okazała skę ciekawa, gdyż były tu uprawy ryżu oraz papryczek chilli.

Co warto zobaczyć na Jawie? Ijen
Ostatnim punktem wyprawy był wulkan Ijen! Do niego także czekał nas kawał drogi, ale został podzielony na dwa odcinki.
Nocleg
Najpierw zatrzymaliśmy się w hotelu DreamLand Hotel & Lounge Bondowoso, do którego jechaliśmy 4 godziny, a z którego mieliśmy jeszcze 2 godziny drogi do Ijen! Bardzo przyjemny obiekt, w którym tak naprawdę spędziliśmy tylko kilka godzin bo już o 1 w nocy mieliśmy pobudkę żeby ruszyć dalej! Możemy Wam natomiast polecić restauracje hotelową, w której zjedliśmy jeden z najlepszych posiłków podczas całej podróży!
Jak wygląda wejście Ijen?
Na parking w Ijen dotarliśmy krótko po 3 w nocy. Tutaj także czekał na nas przewodnik, z którym wdrapywaliśmy się na wulkan. Trasa na wulkan liczy ok. 3,5 km i w zależności od Waszej kondycji wejście zajmuje przeciętnie 90-120 min. Nam zajęło to 90 min, ale mieliśmy naprawdę dobry dzień! Od przewodnika dostaliśmy latarki i maski gdyby za bardzo śmierdziało siarką. Użyliśmy ich tylko przez krótki fragment trasy, już blisko krateru gdy smród stał się nie do wytrzymania.
Na górze trafiła nam się niezła pogoda i dobra widoczność. Było też na tyle ciepło, że mogliśmy być nawet bez kurtek. Nie bierzcie jednak tego za pewniaka! Bądźcie przygotowani na zimno – miejcie kurtki ze sobą!
W drodze powrotnej słońce grzało już tak mocno, że można było wracać w krótkim rękawku. Dlatego też właśnie wejścia odbywają się nocą by uniknąć palącego słońca.

Blue fire
Jeszcze jakiś czas temu można było zobaczyć tak zwane niebieskie ognie, czyli siarkę która świeciła na niebiesko pod wpływem kontaktu z powietrzem. Zjawisko to można było zobaczyć tuż przed wschodem i zaraz po zachodzie słońca. Każdy kto chciał zobaczyć niebieskie ognie musiał dołożyć około 30 min trasy z krateru, która nie należała do najbezpieczniejszych. Dlatego też ostatecznie została zamknięta, gdyż zdarzały się tutaj wypadki. Czy zostanie jeszcze kiedyś otwarta? Ciężko powiedzieć, ale nie uważam żeby była to jakaś wielka strata. Słyszałam też, że było to zjawisko sztucznie podkręcane przez miejscowych dla turystów, ale ile jest w tym prawdy – nie mam pojęcia!

Górnicy z Ijen
W 1967 roku stworzono tutaj kopalnie odkrywkową. To dzięki niej wielu lokalsów mogło się szybko wzbogacić, gdyż za wydobycie siarki płacono im znacznie więcej niż w przypadku innych robót. Jednak za takie dzienne wydobycie dostaje się około 55 zł, co w gruncie rzeczy nie jest aż tak dużo, a praca jest naprawdę – ciężka! Nie dość, że trzeba biegać góra-dół w nieprzyjaznym środowisku, to jeszcze trzeba dźwigać kosze pełne siarki ważące nawet 80 kg! Nic więc dziwnego, że tak przeciążeni mężczyźni nierzadko umierają tu w wieku 40 lat, przez co ich zawód uważany jest za jeden z najcięższych na świecie.
Na szczęście dla wielu jest też alternatywa jaką daje turystyka, choć to także niełatwa praca! Nasz przewodnik twierdził, że pracuje codzienne – od 3 w nocy do 9 rano. Może jest to nieco krócej niż standardowa 8, ale wyobrażacie sobie codziennie zarywać nocki i biegać na Ijen z turystami?
Jeszcze inni postanowili wozić turystów na taczkach na Ijen za co sobie życzą niemal 60€! Wiem, sporo, ale widziałam ich w akcji i szczerze powiedziawszy nie zazdroszczę! Nierzadko muszą pchać w pewnych momentach we dwójkę. Plusem jest natomiast fakt, że nie zaprzęgają zwierząt do roboty, więc nie ma dramatu.

Co warto wiedzieć o Ijen?
Ijen to kompleks czynnych wulkanów, którego najwyższy wierzchołek wznosi się na 2769 m n.p.m. W jednym z kraterów można znaleźć kwaśne jezioro wulkaniczne, do którego wszyscy pielgrzymują. Woda w nim ma ph poniżej 0,4 i niesamowitą, turkusową barwę. Wulkan zasłynął z wydobycia siarki, która jest tutaj niezwykle łatwo dostępna, ale też bardzo szkodliwa dla zdrowia. O tutejszych górnikach powstało wiele reportaży i dokumentów, ale nawet to nie powstrzymuje ich przed pracą w śmiertelnie niebezpiecznym środowisku.

Prom na Bali
Po zejściu z Ijen zjedliśmy śniadanie i ruszyliśmy do Ketapang skąd odpływają promy na Bali. Przeprawa promowa do Gilimanuk zajęła nam niecałą godzinę, a podróż w stronę Denpasar samochodem prawie 7 godzin! Był to więc ciężki dzień, a właściwie kilka ciężkich dni gdzie zarywaliśmy nocki bądź wstawaliśmy o świcie.
To była cudowna wycieczka, ale nie jest ona na pewno dla każdego. Jest dość wymagająca, ze względu na liczne podejścia i właśnie te zarwane nocki. Mimo wszystko polecam spróbować!
Podobał Ci się wpis? Chcesz nas docenić? Zostaw serduszko/komentarz pod postem lub polub nas na facebooku albo zaobserwuj na Instagramie. Ciebie nic nie kosztuje, a nas do dalszej pracy motywuje! <3
Dziękuję, że jesteś! Twoja kawa pobudza mnie do działania i pomaga w prowadzeniu bloga! Moje teksty o podróżach po Niemczech to nierzadko jedyne wpisy po Polsku w Internecie. Jeśli chcesz poznać prawdziwe perełki i wspierać język polski w niemieckiej turystyce, to dobrze trafiłeś! Pomóż mi opisać Niemcy i świat po Polsku!

3 komentarze
Po pierwsze, przepiekne zdjęcia! Czuć, że to był niesamowity wyjazd, ale wiele to tam nie pospaliście 😀 było naprawdę intensywnie
faktycznie mega intensywnie, ale widoki petarda. Wasze zdjęcia jak zawsze wspaniałe, zapierają dech. mam wrażenie, że dużo bardziej podoba mi się z Waszej relacji Jawa, niż Bali i chyba mniej tam scamu i komercji?
a powiedz, Karola, czy noclegi na Jawie bukowaliście sami, czy były one w cenie wycieczki od Emi?
Jawa zdaje się nie być jeszcze tak zepsuta jak Bali i też ma wiele do zaoferowania. Poza tym, to zupełnie inna wyspa z religią islamską, więc kiedy jedziesz potem na Bali to zupełnie jak do innego świata. No i na plus Bali na pewno jest fakt, że wyspa jest mniejsza i wszystko jest bardziej skoncentrowane, a na Jawie to trzeba się dużo więcej najeździć. Noclegi też były od Emi 😉