Było fajnie, było miło, ale szybko się skończyło!
Po intensywnym dniu w Islamabadzie ruszyliśmy w męczącą podróż w stronę gór. Nikt dokładnie nie wiedział ile zajmie nam przejazd, bo to przecież Pakistan – wszystko może się zdarzyć. Szło nam całkiem nieźle, a po drodze raz się nawet zatrzymaliśmy na zdjęcia. Czasem też kierowca trochę zwalniał gdy szło nam przejechać przez wodospad. Ogólnie widoki umilały nam podróż aż do czasu gdy stanęliśmy na ok. 2h przed tamą budowaną przez Chińczyków. Tutaj z różnych, dziwnych powodów droga została zamknięta i trzeba było czekać na jej ponowne otwarcie. Straciliśmy tutaj mnóstwo czasu przez co do hotelu dotarliśmy w środku nocy, gdzie czekała na nas jeszcze kolacja. Coś tam zjadłam, a potem runęłam na łóżko. Wtedy po raz ostatni czułam się dobrze. Gdy rano się obudziłam, wiedziałam że dobre czasy mam już za sobą. Od samego początku liczyłam się z tym, ale nie sądziłam, że dopadnie mnie to już 3 dnia i to w najcięższym dniu wyjazdu…

Problemy żołądkowe
Rano chodziłam już z wiadrem po pokoju… zdążyłam dwa razy zwymiotować, a za trzecim razem trzeba było zatrzymać autobus. W tej całej niedoli miałam towarzystwo bo nie ja jedyna cierpiałam już 3 dnia wyjazdu! Oczywiście od razu przyszło ogromne osłabienie i gorączka, a przecież czekał nas turbo ciężki (zwłaszcza w takim stanie trekking). Zanim jednak dotarliśmy do punktu wypadowego na ten trekking, czekała nas jeszcze jedna przygoda!
Fairy Meadows Road, czyli druga najniebezpieczniejsza droga na świecie!
Każdy kto chce się dostać na Fairy Meadows musi zmierzyć się z Fairy Meadows Road! Według WHO jest to obecnie drugą najniebezpieczniejsza droga na świecie. Na szczęście nie trzeba się z nią mierzyć samemu, choć byli i tacy co uwierzyli, że będę musieli prowadzić jeepa! 🤫
Pomimo, że jest to taka niebezpieczna droga, to jednak wypadki się tutaj nie zdarzają. Wszystko dlatego, że przede wszystkim droga otwarta jest tylko sezonowo, a korzystają z niej wyłącznie kierowcy do tego uprawnieni w wysłużonych, aczkolwiek w miarę sprawnych jeepach.
Powstała tu droga jest efektem ciężkiej, ludzkiej pracy. To ok. 15 km zawijas wykuty w skale, dość wąski, do tego stopnia, że momentami widać tylko przepaść, jak człowiek wychyli się z auta. Adrenalina przez ponad godzinę gwarantowana!
Do tej pory nie wiem jak wytrzymałam w tym stanie przejazd po szutrowej, pełnej wyboi trasie bez kolejnych wymiocin. To chyba ta adrenalina zadziałała… Panią polecam szczególnie sportowe biustonosze, które pomogą utrzymać wszystko w ryzach, bo wierzcie mi – trzęsie tu niemiłosiernie!

Trekking na Fairy Meadows jeszcze cięższy niż myślałam…
Gdy wysiedliśmy z jeepów czekało nas krótkie przejście do bazy, z której mieliśmy ruszać na Fairy Meadows. Ledwo przeszłam ten kawałek i pierwsze co to rzuciłam się na ławkę, gdzie mogłam choć na chwilę się położyć.
Pewnie się zastanawiacie po co w ogóle tam szłam? Cóż, taki był plan wycieczki i nie bardzo miałam gdzie zostać. Musiałam więc wraz z całą grupą wejść na Fairy Meadows, które znajdują się na 3300 metrów.
Na szczęście istniała też możliwość wjechania na koniu, do której zostałam zmuszona. Przyznaję, że byłam tym jeszcze bardziej przerażona niż samym trekkingiem. W najśmielszych snach nie wyobrażałam sobie takiego scenariusza, bo ja nawet nigdy na koniu nie siedziałam. W ogóle traktowałam ten trekking jak wyzwanie, do którego się przygotowywałam pod kątem fizycznym i niestety nie było dane mi sprawdzić się.
Z opowieści innych wiem, że nie spodziewali się aż tak ciężkiego wyjścia. Najbardziej w kość daje wysokość, ale też dość duże nachylenie. Ja, jadąc na koniu nie odczułam tego, bo jedyne co to martwiłam się by nie zsunąć się z siodła w przepaść. Momentami na szlaku było naprawdę wąsko. Udało mi się utrzymać 2 godziny w siodle, ale podejrzewam, że tu znów zadziałała adrenalina.
W trakcie podejścia jest kilka sklepików, w których można uzupełnić zapas napoi i kupić jakieś drobne i niezbyt wyszukane przekąski. Na samym początku jest także toaleta.
Podczas trekkingu mieliśmy też sporo szczęścia. Zdążyliśmy przed gwałtowną zmianą pogody. Już jak dochodziliśmy do celu to czuliśmy duży spadek temperatury, ale najważniejsze, że zdążyliśmy przed nocnym opadem śniegu, który mocno zasypał dolinę. To dość niespodziewane warunki jak na połowę maja, ale na takiej wysokości też nie powinny być zaskoczeniem.

Di Ambre Hotel
Do Fairy Meadows dotarłam pierwsza, ledwo żywa. Wówczas zdałam sobie sprawę, że nawet nie wiem gdzie mam nocleg. Ku mojemu zaskoczeniu było tam naprawdę sporo górskich chatek. Na szczęście mój przewodnik wiedział gdzie będziemy nocować i tam mnie też odwiózł. Gdy weszłam na teren hotelu ktoś mi tylko krzyknął z daleka „Welcome, room number 2”. Zachwycona, że nie muszę się nigdzie meldować, na autopilocie wpadłam do pokoju i rzuciłam się na łóżko.

Po 2 godzinach dołączył do mnie Darek, więc byłam już całkiem spokojna, że to na pewno mój pokój. Jak się domyślacie warunki były naprawdę skromne. Mieliśmy jedną szafeczkę, dwa łóżka i na środku pokoju stała koza, którą musieliśmy ogrzewać pokój. Obsługa przynosiła nam drewno, ale też rozpalała jak nie mogliśmy sobie dać rady z ogniem. Niestety my trafiliśmy na naprawdę zimną noc – koledze z okopu zamarzła pasta do zębów, którą zostawił w łazience. Ciepła woda też była od czasu do czasu, ale mimo to przez cały pobyt nie zdecydowałam się na prysznic. Było mi po prostu za zimno. Z pozytywnych aspektów – był prąd i to non-stop, ale zasięgu ani grama! Przez dwa dni byliśmy odcięci od świata.

Fairy Meadows
Dopiero następnego dnia trochę odżyłam i mogłam cieszyć się pięknem doliny!
Co ciekawe, Fairy Meadows zostało nazwane przez niemieckich badaczy. Lokalnie znane jest jako Joot! Są to rozległe łąki w pobliżu dawnych obozów wypadowych na Nangę Parbat. Położone są na 3.300 metrów więc wspinając się tutaj wysokość daje już popalić. Łąki słyną z pięknych widoków na Nangę Parbat i pobliskie szczyty. Rzeczywiście trudno im odmówić niezwykłego piękna. Czuję się ogromną szczęściarą, że tutaj dotarłam!

Beyal Camp
Tego samego dnia mieliśmy też w planach trekking na Beyal Camp (ok 2 godziny) i potem Base Camp (2-3 godziny), który miał być już na 3.900 m!
Ponownie zdecydowałam się na podróż na koniu, gdyż nadal nie mogłam jeść i byłam bardzo słaba.
Podróż umilały nam zjawiskowe widoki. Momentami nie czułam się jednak pewnie, bo było tak wąsko, że gdybym zsunęła się z konia to byłoby po mnie. Przejazd konno kosztował mnie ok 60 zł.


Ten trekking był jednak dużo łatwiejszy niż wejście na Fairy Meadows poprzedniego dnia, głównie ze względu na w miarę płaską ścieżkę. Problemem był jednak śnieg, który w nocy dość mocno przyprószył i im bliżej byliśmy Beyal Camp, tym było go więcej. To bardzo wpłynęło na morale grupy, bo niektórym przemokły buty, a do tego szło się naprawdę ciężko.
Po dotarciu do bazy już wiedzieliśmy, że Base Camp trzeba sobie wybić z głowy. Było tak dużo śniegu, że nie było widać nawet ścieżki. Po obiedzie wróciliśmy więc do Fairy Meadows. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że spaliłam sobie twarz i głowę, do tego stopnia, że miałam później znowu stan podgorączkowy i po raz pierwszy w życiu schodziła mi skóra z głowy! Dlatego pamiętajcie – zawsze się smarujcie filtrem!

Powrót z Fairy Meadows
Na Fairy Meadows spędziliśmy w sumie dwa dni. Była to najbardziej hardcorowa część wyjazdu, na którą akurat przyszło mi się najbardziej rozchorować. Na powrót także zdecydowałam się na konia, gdyż pomimo względnie dobrego samopoczucia nadal nie mogłam normalnie jeść i byłam bardzo słaba.
Zjazd na koniu nie był jednak przyjemny, bo cały czas było ostro w dół i musiałam być mocno odchylona i trzymać się konia. Przejazd tam i z powrotem kosztował mnie ok. 70 zł.
Kiedy dotarliśmy na dół, znów musieliśmy wsiąść na jeepy i pokonać straszną drogę Fairy Meadows. W końcu też mogłam więcej nacieszyć się widokami, bo w przeciwną stronę starałam się po prostu nie wymiotować już.

I to już wszystko co dla Was przygotowałam. Jeśli marzy Wam się podróż do Pakistanu, to koniecznie piszcie do Tuk Tuk Tours! Oni się Wami zajmą, a wy przeżyjecie wspaniałą przygodę!
Pozostałe wpisy z Pakistanu:
Podobał Ci się wpis? Chcesz nas docenić? Zostaw serduszko/komentarz pod postem lub polub nas na Facebooku albo zaobserwuj na Instagramie. Ciebie nic nie kosztuje, a nas do dalszej pracy motywuje! <3
Dziękuję, że jesteś! Twoja kawa pobudza mnie do działania i pomaga w prowadzeniu bloga! Moje teksty o podróżach po Niemczech to nierzadko jedyne wpisy po Polsku w Internecie. Jeśli chcesz poznać prawdziwe perełki i wspierać język polski w niemieckiej turystyce, to dobrze trafiłeś! Pomóż mi opisać Niemcy i świat po Polsku!

Brak komentarzy