Azja Ninh Binh Wietnam

Ninh Binh – najpiękniejsze miejsce w Wietnamie

24 marca 2020
Jeszcze tu wrócimy!

Ninh Binh to miejsce, które od początku było nam przeznaczone. Jadąc do Wietnamu nie braliśmy go pod uwagę, choć znaliśmy walory przyrodnicze tego miejsca. Na szczęście, fatalna pogoda w Sapa wygoniła nas wcześniej, dzięki czemu znaleźliśmy też trochę czasu na Ninh Binh. Szybko się okazało, że czas poświęcony temu regionowi był niewystarczający, a widoki jakie tu zastaliśmy uważamy za jedne z najpiękniejszych w całym Wietnamie. Ta sielska prowincja nierzadko nazywana jest “Ha Long Bay na lądzie”, ze względu na wapienne skały porastające ten region. Rzeczywiście, trafne skojarzenie, ale Ninh Binh jest fajniejsze. Oferuje zdecydowanie więcej atrakcji, w których każdy znajdzie coś dla siebie! Nie dość, że otaczają nas przepiękne formacje skalne, z których można podziwiać zapierające dech w piersi widoki, to jeszcze można zwiedzać zabytkowe świątynie, czy odkrywać z przewodnikiem tajemnicze jaskinie! To wspaniałe miejsce, w którym nie sposób się nudzić i jeśli zawitamy kiedyś do Wietnamu, to na pewno jeszcze tu wpadniemy!

Ninh Binh – miasto i prowincja

Warto mieć na uwadze, że Ninh Binh to nazwa zarówno prowincji, jak i miasta. Wiele osób jadąc w te rejony błędnie myśli, że atrakcje znajdują się właśnie w mieście. Tak naprawdę główne miasto regionu jest mało atrakcyjne i nie warto nawet zatrzymywać się tutaj w celach noclegowych. Najlepiej nocować gdzieś w pobliżu atrakcji, które nas interesują, choć to też niełatwe zadanie. Cała prowincja Ninh Binh jest dość duża, więc jeśli zdecydujecie się na zwiedzanie wszystkich atrakcji, wówczas warto zastanowić się nad kilkoma bazami jeśli zamierzacie zostać dłużej. My zatrzymaliśmy się w Tam Coc.

Przejazd do Ninh Binh (a dokładnie do Tam Coc)

Do Ninh Binh przyjechaliśmy bezpośrednim autobusem z wyspy Cat Ba. Wyjechaliśmy o 8;30, a w Tam Coc byliśmy ok. 14. Transfer kosztował nas 380 000 VND od osoby. Z centrum Tam Coc zamówiliśmy jeszcze Graba, który zawiózł nas do hotelu za 40 000 VND. 

Anna Tham Hotel View

Nocowaliśmy w skromnym obiekcie Hotel Anna Tham View. Choć jest on trochę na uboczu i z dala od centrum Tam Coc, to warto się tutaj zatrzymać. Pomijam już kwestie taniego noclegu, która ze śniadaniem wyniosła nas 415 000 VND za dwie osoby. W pobliżu jest mnóstwo atrakcji: od jaskiń, przez świątynie i punkty widokowe po trasy piesze i rowerowe. Nie sposób się tutaj nudzić!

W poszukiwaniu punktu widokowego Tam Coc Viewpoint

Wybór hotelu w miejscowości Tam Coc nie był przypadkowy. W pobliżu było kilka miejsc, które bardzo chcieliśmy zobaczyć. Po przyjeździe do Tam Coc zostało nam około 4 godzin do zmroku – w sam raz na długi spacer! 🙂 Założyliśmy wygodne ciuchy i buty trekkingowe, bo naszym celem był Tam Coc Viewpoint. Z naszego hotelu było to raptem kilkanaście minut na piechotę. Już sama trasa do tego miejsca była niezwykle malownicza. Początkowo biegła wzdłuż wąskiego kanału, z którego wypływa się na spływ Tam Coc. Z drugiej strony mogliśmy podziwiać wapienne skały, które oddzielały od siebie pola uprawne. Na trasie byliśmy jedynymi pieszymi – wszyscy mijali nas na rowerach. Sami żałowaliśmy, że nie wypożyczyliśmy dwukołowca, ale gdzie byśmy go zostawili przy punkcie widokowym?

Po kilkunastu minutach marszu dotarliśmy w okolice wejścia na punkt widokowy. Przynajmniej tak wskazywało Google Maps, ale chyba los spłatał nam jakiegoś psikusa. Nigdzie nie mogliśmy znaleźć wejścia, a na domiar złego nie było też kogo zapytać. Na szczęście pomógł zasięg w Internecie i zaczęliśmy czytać opinie o tym miejscu. Okazało się, że punkt widokowy dostępny jest wyłącznie od strony rzeki. Jeśli zależy Wam na wejściu, to musicie wykupić rejs z Tam Com i poprosić o zatrzymanie się przy punkcie widokowym. Przygotujcie się na opłaty za wejście na górę – podobno warto! 🙂

Pomimo, że nie udało nam się wejść na punkt widokowy, to spacer i tak uważamy za udany. Pochmurne niebo nie do końca współgrało z zielonymi widokami, ale przynajmniej temperatura była przyjemna! Warto jednak te trasę pokonać na rowerze, ale pieszo też się da!

Bich Dong Pagoda

Spacer w poszukiwaniu punktu widokowego zajął nam niemal 2,5 godziny. Wciąż zatem mieliśmy trochę czasu do zachodu słońca, dlatego postanowiliśmy zajrzeć do Bich Ding Pagoda!

Tuż przed wejściem do Pagody zaatakowała mnie kobieta, która chciała mi sprzedać kadzidła modlitewne. Początkowo zawahałam się, bo myślałam, że chodzi jej o zapłatę za wejście do świątyni. To był błąd – takie miejsca są zazwyczaj darmowe, ale kiedy kobieta wyczuła moją niepewność, to przez 10 minut nie chciała mi dać spokoju. Pomijam już fakt, że sprzedawanie kadzideł modlitewnych w tak nachalny sposób jest po prostu nieetyczne. Wietnamka w końcu odpuściła, ale długo nie chciała dać za wygraną!

XV-wieczna Pagoda Bich Dong znajduje się na zboczu góry i składa się z trzech poziomów zwanych Pagodami Ha, Trung i Thuong. Żeby dostać się do ostatniej Pagody trzeba przejść przez jaskinie, a potem wspiąć się po kilkudziesięciu schodach.

Nie jest to jednak koniec wycieczki! Tuż za ostatnią Pagoda znajduje się tabliczka z napisem “no climbing“. W tym momencie zauważyliśmy jak grupa starszych francuzów schodzi po stromych schodkach. Zapytałam ich czy warto wspiąć się na samą górę i jak bardzo trasa jest ciężka (przed oczami miałam wejście na punkt widokowy na Monkey Island w Ha Long Bay). Starsi Francuzi po moim pytaniu zaczęli się miotać na prawo i lewo, bo w sumie mało kto z nich znał angielski. W końcu jeden z nich jako-tako nam wytłumaczył, że wejście nietrudne, a widoki fajne. No to idziemy – pomyślałam. Rzeczywiście początkowo trasa była znośna, ale ostatni etap to powtórka z Monkey Island. Tym razem zdecydowałam się jednak dotrzeć na samą górę, bo warunki ku temu sprzyjały bardziej. Nie powiem, że było łatwo, choć to kwestia pewnie względna. Serce waliło mi jak młot, a każdy ruch kosztował mnie mnóstwo wysiłku i strachu. Całe szczęście obeszło się bez szwanku, ale jeśli się tam wybierzecie, to błagam uważajcie na siebie!! Dla laików takich jak ja ostatni etap nie był prosty!

Restauracja Hiếu Dê

Początkowo nie zapowiadało się, że przez ten krótki okres zrobimy tak pokaźny kilometraż! Świątynie opuściliśmy kiedy już się ściemniało i był to ostatni dzwonek! Za nami zatrzasnęły się już kraty, a niebo otulił zmrok. Choć adrenalina po ostatnim punkcie widokowym wciąż mąciła nam w głowach, bezapelacyjnie stwierdziliśmy, że po takim spacerze trzeba coś zjeść. Udaliśmy się do pobliskiej restauracji Hieu De, która miała bardzo dobre opinie w Internecie. Ku naszemu zaskoczeniu byliśmy pierwszymi klientami tego wieczoru. Nie wiem z czego wynikały te pustki, ale przynajmniej mogliśmy liczyć na szybką obsługę. Szkoda tylko, że mieliśmy problem w komunikacji, bo pomimo, że zamówiliśmy dwie zupy dyniowe, makaron z mięsem i z sajgonki, to dostaliśmy jedną zupę dyniową, makaron vege i sajgonki. 😀 Daro trochę psioczył na bezmięsny makaron, ale z zupą wyszło akurat na plus. Dostaliśmy tak dużą miskę, że ledwo we dwójkę to zjedliśmy. Poczęstowano nas też herbatą górską. Całość kosztowała nas ok. 250 000 VND za naszą dwójkę. Wkrótce do restauracji przyszła też francuska rodzina i wtedy okazało się, że właściciel lepiej mówi po francusku niż po angielsku! 

Ninh Binh: Spływ w Trang An

Kolejny dzień rozpoczęliśmy już o 7:00 rano. Zjedliśmy śniadanie w hotelu i zamówiliśmy Graba, który za 150 000 VND zawiózł nas do Trang An.

Na początku poszliśmy do kas zakupić bilety. Nie było dużo ludzi, więc bilety dostaliśmy od ręki. Co ciekawe, choć trasy znacząco się od siebie różnią długością i czasem, to wszystkie kosztują 250 000 VND od osoby. My od początku byliśmy zdecydowani na trasę numer 1. Wyczytaliśmy na forach, że jest to najciekawsza trasa, ale trzeba też na nią zarezerwować 3 godziny. 

Dopiero po kontroli biletów zgłosiliśmy wybór trasy. Jak się okazało niezbyt trafny, bo przez 20 minut musieliśmy czekać na parę do kompletu! Łódki są 5 osobowe: 4 turystów + 1 (zazwyczaj) kobieta wioślarka. Nie wiem ile da radę zrobić takich spływów w ciągu dnia, ale już ten jeden 3 godzinny musi być dla niej sporym wysiłkiem! Do tej pory dziwie się, że Wietnamczycy nie odnoszą sukcesów w wioślarstwie! 🙂

Pewnie ciężko Wam uwierzyć, że w tak popularnym miejscu musieliśmy czekać około 20 minut na kolejną parę, ale tak akurat wyszło! Kto nie przyszedł, to brał trasę numer 2 lub 3, albo przychodziły od razu gotowe grupy. Nie próżnowaliśmy w tym czasie, bo na stoisku obok kupiliśmy za 70 000 VND słynne wietnamskie kapelusze – Non La. Chwilę później dorwały nas jakieś wietnamskie dziewczyny, które koniecznie chciały zrobić sobie z nami zdjęcie. Oczywiście nie mogliśmy im odmówić. Co ciekawe, kiedy próbowałam się dowiedzieć skąd są, nie potrafiły odpowiedzieć na pytanie. Pokazałam im wówczas na Google Maps, że jestem z Polski i dopiero wtedy zaczaiły o co mi chodzi! 😀

W między czasie zjawili się chętni na trasę numer jeden! Okazało się, że będą nam towarzyszyć dwie dziewczyny: Polka i Australijka! 🙂

Ninh Binh: Spływ w Trang An – Trasa 1: 9 jaskiń, 3 świątynie
Habour – Trinh Temple – Toi Cave– Sang Cave – Nau Ruou Cave – Tran Temple – Ba Giot Cave – Seo Cave– Son Duong Cave – Khong Palace – Bao Hieu Temple– Khong Cave – Tran Cave – Quy Hau Cave – Habour.

Wspomniana wyżej trasa oznaczona jest numerem jeden. To najdłuższy i najczęściej rekomendowany odcinek, na który trzeba poświęcić około 3,5 godziny. Cała zabawa wygląda tak, że pływamy od miejsca, do miejsca, a przy świątyniach wychodzimy z łódki na zwiedzanie. Podczas postoju można zajrzeć do sklepu czy skorzystać z toalety, więc o takie sprawy nie trzeba się martwić na zapas. Te przerwy to idealny moment na rozprostowanie nóg, bo w łódce nie jest zbyt wygodnie. W dodatku trzeba czasem pomóc Pani w wiosłowaniu! 😀 Najfajniej jest podczas przepływania przez jaskinie – najdłuższa jest specjalnie oświetlona, bo jest tak niska, że trzeba przytulić się do łódki żeby nie zaryć plecami o skały.

Warto mieć też na uwadze, że trasa numer dwa obejmuje wioskę filmową – miejsce, w którym kręcono najnowszego King Konga – Wyspa Czaszki!

Trang An boat tour routes

Restauracja Dũng Phố Núi

Często na grupach podróżniczych widzę zapytania o polecenie restauracji bez turystów. Trochę mnie to śmieszy, bo w tych czasach to nie lada wyczyn, a do takiego miejsca niełatwo trafić. Nam chyba pierwszy raz się to udało, bo dotarliśmy do miejsca, w którym knajpa była wypełniona po brzegi Wietnamczykami, a w sali obok było wesele! Dostaliśmy menu, z którego oczywiście nic nie rozumieliśmy, więc kelner zaproponował nam zamówienie dania z kozy na dwie osoby za 250 000 VND. Region Ninh Binh słynie z potraw z koziego mięsa i choć początkowo nie byłam przekonana, to w końcu dałam się namówić. Po raz pierwszy jadłam tak dziwne danie, w którym jednym ze składników była folia spożywcza. Nakładało się na nią mięso, sos i zioła. Do tego miska ryżu. O dziwo zapchaliśmy się tym daniem, ale nie powiedziałabym żeby była to najlepsza rzecz jaką w życiu jadłam. Owszem, fajne i ciekawe doświadczenie, ale bez szału.

Hang Mua View Point – najpiękniejsze miejsce w Ninh Binh (a może i w całym Wietnamie??)

Pod restauracje zamówiliśmy Graba i pojechaliśmy do najpiękniejszego miejsca w Ninh Binh (jeszcze wtedy o tym nie wiedzieliśmy) – Hang Mua.

Hang Mua można przetłumaczyć jako Tańcząca Jaskinia. Według Legendy król Tran przybył do starożytnej stolicy Hoa Lu, żeby założyć świątynie Thai Vi, znajdującą się około 1 kilometra od jaskiń. W tych jaskiniach król widywał śpiewające i tańczące kobiety, dzięki którym lokalni mieszkańcy nazwali miejsce Tańczącą Jaskinią.

Jaskinie Mua składają się z 500 stopni schodów, które wiją się przez skały, rozdzielając się w połowie drogi na dwie strony. Po lewej stronie rozciąga się kamienny smok, który czuwa nad doliną. Po przeciwnej ze skał wyrasta niewielka Pagoda. Obydwa punkty są warte wysiłku, bo widoki są po prostu obłędne. Uwielbiam punkty widokowe i ten bez wątpienia wpisuje na listę najlepszych i najpiękniejszych!

Hang Mua najlepiej odwiedzić na przełomie lata i jesieni (wrzesień i październik). Jest to okres zbiorów, a pobliskie pola ryżowe są wówczas soczyście zielone. Jedyną niedogodnością są nieznośne upały, których my w lutym na szczęście nie doświadczyliśmy. Szkoda tylko, że trafiliśmy na tak duże zachmurzenie, bo wbrew pozorom aż tak szaro tutaj nie było! 

Punkty widokowe to nie jedyne atrakcje jakie tutaj na Was czekają. Knajpki, sklepiki i co najważniejsze – mnóstwo miejsc, w których można zrobić piękne zdjęcia czekają tutaj na Was!

Wejście na teren jaskiń kosztuje 100 000 VND.

Najśmieszniejsza jaskinia w Ninh Binh – Chùa linh cốc

Z Hang Mua zamówiliśmy Graba do naszego hotelu. Po przyjeździe zostało nam jeszcze półtorej godziny do autobusu do Hanoi. Postanowiliśmy wykorzystać ten czas na spacer do pobliskiej Chùa linh cốc. Jak już Wam wspomniałam na początku wpisu, okolica hotelu jest niezwykle ciekawa i obfituje w wiele atrakcji. Tak też było tym razem. Kiedy dotarliśmy do świątyni, byliśmy jedynymi turystami. Za bramą Pagody kryła się sporych rozmiarów jaskinia. Wejście do środka kosztowało nas 20 000 VND i były to jedne z najlepiej wydanych pieniędzy. Mogliśmy podziwiać przepięknie uformowaną jaskinie, wyłącznie w towarzystwie małej, starszej Wietnamki. Kobieta znała raptem kilka słów po angielsku, typu lion, elephant, itp., które powtarzała z dumą gdy mijaliśmy skałę przypominającą to zwierzę. Gorzej było, gdy babeczka nie znała angielskiego słowa i wówczas wydawała z siebie odgłosy danego zwierzęcia. Uśmiech nie schodził nam z twarzy i podczas gdy my gramoliliśmy się w każdym wąskim przejściu walcząc o życie, starsza Wietnamka skakała po skałkach w klapeczkach niczym młoda gazela. Wszystko to trwało nie dłużej jak 15 minut. Pożegnała nas z entuzjazmem i zamknęła za nami metalowe drzwi do jaskini z drugiej strony. My wciąż zastanawiamy się co było tak naprawdę lepsze: Wietnamka czy jaskinia?! 😀

Przejazd do Hanoi

Po powrocie do hotelu zostało nam jeszcze trochę czasu na szybkie odświeżenie i kawę.

Z Ninh Binh wyjechaliśmy o godzinie 17:00 do Hanoi. Przejazd kupiliśmy w naszym hotelu za 200 000 VND. Podjechał pod nas luksusowy Van! Byliśmy mile zaskoczeni, bo jeszcze tak wygodnym Vanem nigdy nie podróżowaliśmy. Szkoda tylko, że właściciel hotelu mówił bardzo słabo po angielsku, bo okazało się, że Van miał nas zawieść pod sam hotel w Hanoi. Niestety, nasz hotel był tuż obok lotniska, które oddalone jest od centrum około 20 km. Gdybyśmy wcześniej wiedzieli, że jest taka możliwość, to na pewno dałoby się to lepiej załatwić, a tak to musieliśmy zapłacić jeszcze za Graba z centrum do hotelu 300 000 VND.

Podsumowując

Niewiele zabrakło, a w ogóle nie przyjechalibyśmy do Ninh Binh! Czasami cieszę się, że pogoda w Sapa nam nie dopisała, bo to zmotywowało nas do przyjazdu tutaj. Z perspektywy czasu uważam, że było to najpiękniejsze miejsce w Wietnamie jakie widzieliśmy! Jak na ten krótki okres, udało nam się sporo zobaczyć, ale i tak okolica oferuje znacznie więcej niż to co widzieliśmy! Pomijam już duży wybór najróżniejszych spływów. Nie zdążyliśmy zobaczyć Hoa Lu i wielu innych ciekawych miejsc. Dlatego też, mam nadzieje wrócić tutaj w nieco lepszym okresie niż połowa lutego. Fakt, że temperatury o tej porze są bardzo przyjemne, ale jak widzicie na zdjęciach – pogoda dość ponura. 

Zobaczcie też pozostałe wpisy z naszej podróży po Azji:

Informacje praktyczne o podróży

Doha

Sapa

Cat Ba

Bangkok

Podobał Ci się wpis? Chcesz nas docenić? Zostaw serduszko/komentarz pod postem lub polub nas na Facebooku albo zaobserwuj na Instagramie. Ciebie nic nie kosztuje, a nas do dalszej pracy motywuje!  <3

 

No Comments

Leave a Reply